Jak przestałam zabijać kwiaty? Moja „dżungla” w sypialni

„To pewnie starość” – tak pomyślałabym o sobie jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś powiedział mi, że będę miała domową dżunglę, w sklepie z działu z kwiatkami trzeba będzie mnie wyciągać siłą, a ja będę racjonalizować zakup każdego kwiatka doniczkowego, tak jak zakup kolejnego kubka.

Nie wiem czy to starość czy duża potrzeba obcowania z zielenią, ale kwiaty stały się elementem mojego życia, z którego jestem mega dumna. Bo początki obrazuje doskonale tylko jedno zdanie „uśmiercę nawet kaktusa”. Dziś za to jestem w szoku jak często moje kwiaty wypuszczają nowe liście.

Dzięki kwiatom jest przytulnie, a o ich zbawiennym wpływie na nasze zdrowie też nie trzeba nikogo przekonywać. Naturalne oczyszczacze powietrza! Dlatego zabieram Was do sypialni, gdzie ostatnio toczy się duża część naszego życia i gdzie zrobiłam sobie małą „dżunglę”. A że tę dżunglę „wyniosłam” głównie z IKEA, to właśnie ona jest partnerem tego wpisu.

Sypialnia – miejsce nie tylko do spania

Zamikulkas po mojej stronie, monstera po stronie Sebastiana.

Od pół roku sypialnia, to miejsce, w którym spędzamy mnóstwo czasu. Początkowo nie lubiłam przebywać w tym pokoju ze względu na zielone ściany (tutaj możecie zobaczyć przed i po), bo kocham we wnętrzach mieć białą i naturalną bazę. Po zmianach cieszyłam się minimalizmem i bielą z naturalnymi elementami. Dzięki temu w łatwy sposób mogę sobie odmienić to wnętrze, gdy najdzie mnie na to ochota. A że nasza sypialnia pełni mnóstwo funkcji, to te zmiany pojawiają się tam dosyć często.

To, że tutaj śpimy jest oczywiste, nierzadko w czwórkę i choć wtedy myślę, że powinniśmy mieć materac na całej podłodze w pokoju, bo tylko tak jest szansa, żebym nie spadła z łóżka, to uwielbiam tupot tych małych nóżek, które biegną do nas w środku nocy.

W sypialni jemy też weekendowe śniadania! Wiem, że dla wielu osób połączenie białej pościeli z dziećmi i jedzeniem, jest skazane na porażkę, to ja godzę się z tym ryzykiem. Zyskujemy niepowtarzalny czas razem, a pościel przecież zawsze można uprać. Taca z wyższym rantem sprawdza nam się bardziej niż zwykła. To mniejsze ryzyko rozlania na pościel, a w razie potrzeby szybciej można ją też z łóżka zdjąć.

W sypialni czytamy książki, tutaj zasypiamy próbując obejrzeć odcinek serialu, tutaj swoją przestrzeń ma nasza mniejsza dzidzia. Tutaj uwielbiamy robić rodzinne zdjęcia. I tutaj mam swoją „małą dżunglę” ciesząc się kwiatami, których nie zabiłam i umieszczając więcej naturalnych dodatków.

Jak przestałam zabijać kwiaty?

Pierwszym kwiatem, który ze mną wytrzymał był storczyk. Wypuścił nowe pędy dokładnie wtedy, kiedy przestałam o niego bardzo dbać, a po prostu zostawiłam na parapecie z myślą „co będzie, to będzie”. Od tego czasu minęło 3,5 roku, a liczba kwiatów, które ze mną przetrwały jest coraz większa.

Skrzydłokwiat i peperomia.

Im bardziej się starałam, tym częściej moje kwiaty usychały. Mam dla Was kilka podstawowych rad, które sprawiły, że co chwilę mogę podziwiać nowe listki:

  1. Lepiej przesuszyć niż przelać – tak bardzo chciałam mieć piękne kwiaty, że podlewałam je do przesady. Regularność, zraszanie w wannie, odstana woda, to wszystko powodowało, że moje kwiatki usychały. Kiedy im odpuściłam, zaczęłam podlewać jak mi się przypomni, wodą prosto z kranu, to odżyły. Więcej luzu dało lepsze efekty.
  2. Mniejsza doniczka – doniczka powinna być dobrana wielkością do kwiatka, ale lepiej za mała niż za dużo. Większa doniczka sprawia, że kwiaty rozrastają się w korzeniach. Mniejsza przymusza je by pięły się ku górze.
  3. Kwiaty lubią nawóz – dopalenie kwiatów nawozem zawsze sprawi, że troszkę odżyją, szczególnie po zimie, kiedy one też budzą się do życia.
  4. Nie wyrzucam uschniętych liści – to protip, który wyczytałam w jednej z książek ogrodniczych i dotyczył jesiennych liści. Rozkładając się stają się naturalnym nawozem i użyźniają ziemię. Niektórym z moich kwiatów zdarza się zgubić liścia, a ja przestałam je wyrzucać. Pozwalam im uschnąć w doniczce i stać się właśnie takim naturalnym nawozem. Chyba działa, bo te kwiaty odwdzięczają się małymi listkami.

Rośliny łatwe w pielęgnacji:

  • zamikulkas – to roślinka w glinianej doniczce (niedawno ją przesadziłam, bo poprzednia była już dużo za mała). Nie potrzebuje wiele wody, ani światła. Będzie jej dobrze nawet w ciemnej łazience.
  • monstera – to jest kwiat, który rośnie jak szalony i odwdzięcza się co chwilkę nowym listkiem. Nie musi stać w słońcu, nie szkodzą mu zmiany miejsca, po prostu rośnie. W salonie mamy drugą, która niedługo będzie gigantem.
  • peperomia – potocznie zwana pieniążkiem. To ten kwiatuszek, który dziś stoi na podłodze. Nie lubi chłodnego powietrza, poza tym też rośnie w szalonym tempie.
  • fikus – kupiłam go z myślą, że pewnie go szybko uśmiercę. A on jest twardy, dzielnie znosi przestawianie z miejsca na miejsce. Zrzucił kilka listków od dołu, ale za to od góry co chwilę pojawia się nowy!
Fikus. Liście kwiatów wycieram skórką od banana. Kojarzycie ten sposób z bloga?
  • skrzydłokwiat – to jest jeden z najlepszych kwiatów jakie mam. Z dwóch powodów: po pierwsze ma bardzo wysoki współczynnik oczyszczania powietrza, a po drugie to on mówi mi, kiedy pora podlać kwiaty. W momencie, gdy ma sucho, liście opadają do dołu. Gdy tylko go podleję, idą w górę.
  • palma – palmę mamy w salonie, ale ona też zalicza się do tych „łatwych” kwiatów. Polowałam na nią bardzo długo, jeszcze wtedy gdy mieszkaliśmy w Łodzi. To najdroższy kwiat, który kupiłam i naprawdę bałam się o jego przeżycie. Pamiętajcie tylko, że nie lubi stać w pełnym słońcu.

Jak kupić kwiaty w IKEA?

Pomyślałam, że dodam tutaj akapit o tym jak zapolować na kwiaty w IKEA, bo niektóre okazy rozchodzą się jak świeże bułeczki. Na wspomnianą palmę polowałam kilka miesięcy, zarówno w IKEA w Łodzi, jak i w Krakowie. A mam ją dzięki pomocnikom, bo sama nigdy nie trafiałam!

Po pierwsze sprawdzajcie status dostępności na stronie. Najlepiej jednak podpytajcie obsługę, kiedy jest dostawa kwiatów i z samego rana po nie pojedźcie. Palmy czy monstery potrafią wyprzedać się w niecałą dobę!

Kwiaty z IKEA są naprawdę dobrej jakości (i odporne na właścicieli killerów ;)) a do tego mają bardzo przystępne ceny, dlatego bardzo polecam to właśnie tam zaopatrzyć się w nowe okazy.

Naturalne dodatki i przytulność

Małymi krokami tworzę tutaj wymarzoną sypialnię, której elementy będę mogła przenieść do tej w wymarzonym domu. Drewno, rattan, bambus, trwa morska. Uwielbiam je totalnie, a momentami sama się dziwię czemu kiedyś się przed nimi broniłam. Tworzą przytulne wnętrze, ocieplają je, a przy tym są to materiały przyjazne dla środowiska. Dzisiaj powstaje z nich coraz więcej dodatków czy mebli, które są piękne i przydatne, np. taki cudny podnóżek!

Łóżko jest moją bazą, dlatego stawiam na prostą, białą bawełnianą albo lnianą pościel (tę polecam bardzo, bo totalnie podnosi komfort snu i mimo jej wysokiej ceny, bardzo warto). Do tego w zależności od nastroju czy pory roku dokładam poduszki, w kolorach, które aktualnie mi grają w duszy. Czasem jest ich więcej, czasem mniej. Do spania zamiennie używamy poduszek z pianki memory i poduszek z wysokim wypełnieniem. Kołdra jesienią i zimą cieplejsza, bo wtedy lubię być mocniej opatulona. A ciepłą wiosną wymieniam ją na chłodniejszą (w IKEA dostaniecie kołdry ciepłe i kołdry chłodne). Chociaż w taki sposób mogę sobie zrekompensować nieprzespane noce.

Nasze stoliki nocne miały być tymczasowe, a zostały na długo, bo okazało się, że są bardzo funkcjonalne. To zwykłe skrzynki po jabłkach. Można je ustawić na trzy sposoby, dzięki temu wnętrze też przechodzi metamorfozę. Szklanka z wodą na noc, poranny kubek z kawą, książki, które czytamy czy telefon mają swoje bezpieczne miejsce. Dziś już sobie nie wyobrażam sypialni bez stolików nocnych, choćby w najprostszej formie.

Totalnie zakochałam się w lampie KNIXHULT z bambusa. Jest wykonana z tych elementów rośliny, które normalnie zostałyby odrzucone. Wygląda genialnie, daje cudowne ciepłe światło, przy którym wieczorem można poczytać książkę, ale nie jest zbyt intensywne i nie działa pobudzająco.

Numerem jeden są dla mnie kosze FLÅDIS z trawy morskiej, które wykorzystuję do przechowywania na wiele sposobów. Używam ich jako osłonek na doniczki, ale też na zabawki a w salonie na czasopisma wnętrzarskie.

Dla łatwego utrzymania porządku w ciągu dnia i podczas snu, zaopatrzyłam się w rattanowy kosz SNIDAD. Sam w sobie jest dekoracją, a do tego jest niezwykle praktyczny. Brakowało mi właśnie takiego dużego kosza, w którym bez problemu zmieszczą się zapasowe koce czy poduchy.

A tu zestawienie wszystkich produktów:

Dajcie znać jak u Was wygląda kwestia kwiatów w domu. Lubicie czy nie, a może macie do nich cudowną rękę i rosną Wam jak szalone? I czy lubicie kwiaty w sypialni?

Zachęcam Was do tego, byście dodali do swojej przestrzeni troszkę roślinek i postawili na naturalne dodatki, bo one bardzo podnoszą komfort snu.

Autorka: Ania Legenza

Jestem blogerką, żoną, mamą, miłośniczką planowania i dobrej organizacji. Wierzę, że porządek w domu oznacza porządek w życiu i od 4 lat przekonuję o tym innych :)

Close