Mieszkamy już miesiąc w górach!

Nie wiem kiedy to minęło! Z jednej strony czuję się tak jakbyśmy przyjechali tu dopiero wczoraj, z drugiej mam wrażenie, że mieszkamy w Beskidzie Wyspowym od zawsze. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Czy odnajduję się w wiejskiej rzeczywistości w zupełnie nieznanym miejscu? Czy urządzanie i sprzątanie tak dużego domu sprawia, że na nic innego nie mam czasu?

Dla niewtajemniczonych – TUTAJ opisałam dlaczego rzuciliśmy wszystko i przeprowadziliśmy się w Beskidy. Przy okazji tej decyzji uwag o tym, że nie nadajemy się do życia na wsi, ostrzeżeń, potencjalnych problemów słyszeliśmy wiele. Może lepiej zaczekać z przeprowadzką do maja, kiedy będzie ciepło i nie trzeba będzie palić w piecu? My jednak chcieliśmy właśnie w takich warunkach sprawdzić czy nadajemy się do życia na wsi. Kiedy jest śnieg i (podobno) trzeba odśnieżać podjazd. Kiedy wstajesz, w domu jest chłodno i musisz napalić w piecu. Chcieliśmy sami przekonać się ile kosztuje tona węgla i jak to jest dowozić dziecko codziennie do żłobka 7 km. I cóż… Okazało się, że to, co podobno jest takie straszne, wcale takie straszne nie jest. Chyba się jednak nadajemy do tego życia na wsi 🙂

Co nas zaskoczyło?

Na początku największym i najbardziej pozytywnym zaskoczeniem była uprzejmość wszystkich wokół. Ciężko tu znaleźć osobę, która nie mówi „dzień dobry” z uśmiechem na ustach czy nie jest pozytywnie nastawiona do tego co się dzieje. Po ostatnich miesiącach w centrum to dla mnie znacząca odmiana. Tam niestety miałam wrażenie, że wszyscy działają trochę z przymusu i za karę. Ale może była to po prostu kwestia zimy, która w górach jest znacznie bardziej urokliwa ;).

Uprzejmość da się odczuć również na drogach i zauważam to z fotela pasażera!

Ostatnio zaś największy szok przeżyłam widząc wielkanocne kosze ze święconką. Duże, wielkie kosze! A nasz koszyczek okazał się być bardzo dziecięcy. Za rok się poprawimy 🥚🐣.

Jak się żyje w tak dużym domu?

Z mieszkania o wielkości 43 m2 przeskoczyliśmy do domu, który tych metrów ma 200. I już dziś wiemy, że dom takiej wielkości jest dla nas za duży. Cudowne jest to, że możemy mieć własne biuro, Zosia swój pokój, teoretycznie nieograniczone miejsce do przechowywania. Jednak wiemy też, że bardziej optymalny byłby dla nas inny rozkład pomieszczeń i nawet ich mniejsza wielkość.

Na plus na pewno schody! Być może Was to zdziwi, bo wiele osób piętrowy dom neguje, ale dla mnie te kilka spacerów dziennie po schodach to ilość ruchu, której brakowało mi w bloku. Po prostu lepiej się czuję.

Większy dom sprzyja też większej ilości rzeczy. Wydawało mi się, że mamy całkiem sporo „klamotów”. Może nie mebli, ale dekoracji, dodatków, ramek na zdjęcie. W poprzednim mieszkaniu używałam ich zwykle sezonowo. Tutaj mimo rozłożenia praktycznie wszystkich rzeczy, ciągle mam wrażenie, że jest pusto. Brakuje mi mebli, dodatków, kwiatów. Po prostu potrzeba więcej rzeczy, by wypełnić przestrzeń. Mogłabym się zabawić w wizualną minimalistkę, ale choć takie wnętrza podobają mi się, to jednak źle się w nich czuję. Nie mają w sobie przytulności.

Poza tym dom to dla mnie ogromne zalety. Miejsce w garażu na trzymanie i realizowanie bardziej skomplikowanych projektów DIY, bardzo mi tego brakowało w bloku. Możliwość wyjścia do ogrodu, pracowania na tarasie, zrobienia ogniska, zasadzenia swoich kwiatów i zrobienie małego ogródka! Bliskość natury. Nie umiem sobie dziś wyobrazić bym mogła z tego zrezygnować.

Co się zmieniło w naszym stylu życia?

Na pewno przybyło nam obowiązków wokół domu. Myślę też, że najmocniej odczuwa to Sebastian, bo to na jego barkach spoczywa palenie w piecu, zorganizowanie węgla i drewna, wynoszenie popiołu. Ja odczuwam, że znika na kilkanaście minut, by zająć się tymi sprawami.

Rzadziej też robimy zakupy, choć w okolicy sklepów jesteśmy codziennie (odwozimy Zosię do żłobka). To była jednak zmiana bardzo przeze mnie oczekiwana. Brak Biedronki 3 minuty od bloku skutecznie powstrzymuje od wieczornego podjadania chipsów i czekolady. Po prostu wszystkie żywieniowe grzeszki są zaplanowane :). Zakupy robimy dwa razy w tygodniu (do tej pory niby też tak robiliśmy, ale między dużymi zakupami było sporo mniejszych), więc zmienia się nasze całe myślenie o nich. Trzeba zaplanować znacznie więcej dni do przodu niż do tej pory. Planujemy posiłki bez wyjątku. Wcześniej, kiedy dużo się działo, zdarzały się tygodnie bez planu.

Bez zmian została nasza organizacja dnia związana z podziałem na czas na pracę i czas rodzinny. Te niezmiennie wyznaczają godziny, kiedy Zosia jest w żłobku. Czy te codzienne dojazdy męczą? One też głównie spoczywają na Sebastianie (nadal nie mam prawa jazdy), ale ja staram się też jeździć, by się wprawić w czas, kiedy połowa tego obowiązku spadnie na mnie. W Łodzi do żłobka mieliśmy 3 minuty pieszo, jedno z nas zaprowadzało, drugie odbierało. Teraz mamy 7 km do pokonania autem. Dojazd, zostawienie/odebranie Zosi i powrót zajmują nam 30 minut, więc prawie tyle samo co odebranie Zosi i pokonanie pieszo 3 minutowej drogi z ciekawską dwulatką.

Jak czujemy się w nowym miejscu z dala od rodziny i znajomych?

W tych rejonach nie mamy rodziny, a w momencie podjęcia decyzji o przeprowadzce znaliśmy tylko Edytę Zając, Jej męża i dzieci. Nie znaliśmy też okolicy i w sumie to przeprowadziliśmy się całkiem w ciemno. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że to dzięki Edycie i Jej bliskim nasz start tutaj był bezproblemowy. Jeszcze przed wyjazdem dostaliśmy cudną mapkę z oznaczeniem przydatnych miejsc (sklepy, lekarz, fryzjer, restauracje, itp.). Kiedy po pierwszej mroźnej nocy (-23º) nie odpalił nam samochód mogliśmy liczyć na Edyty Tatę, który w kilka chwil podładował nam akumulator. To z Edytą spędziliśmy świąteczne dni, gdy okazało się, że nie możemy jechać do rodzinnego Piotrkowa. Zdecydowanie dzięki nim czujemy, że nie jesteśmy tu sami i skazani tylko na siebie.

Natomiast z rodziną i znajomymi z Łodzi mamy codzienny kontakt telefoniczny albo internetowy i mnóstwo zaplanowanych odwiedzin jak już zawita do nas prawdziwa wiosna :).

Jak Zosia odnalazła się w nowym miejscu?

Od początku naszych przeprowadzkowych planów mówiliśmy Zosi co nas czeka. Bez problemu zniosła miesiąc przejściowy, gdy byliśmy u Babci i gdy nie było żłobka. Kiedy podjeżdżaliśmy do naszego aktualnego domu powiedziała „To mój dom”. Kryzys w nowym żłobku trwał tylko dwa poranki, ale kończył się wraz z zamknięciem drzwi. Zachwyca się widokiem gór tak samo jak my, uwielbia patrzeć na sarny, które przechadzają się na polu obok ogrodu i wszystkie kury sąsiadów są jej :). Chyba nie mogłam sobie wymarzyć łagodniejszej adaptacji w nowym miejscu.

Czy urządzanie i sprzątanie tak dużego domu sprawia, że na nic innego nie mam czasu?

Tak jak pisałam wyżej „urządzenie po swojemu” nie poszło nam tak szybko jak na mieszkaniach, bo tej przestrzeni jest znacznie więcej. Generalnie dom jest wyposażony i urządzony, ale mamy możliwość by dopasować go do naszych potrzeb i z tej możliwości korzystamy. Urządziliśmy już biuro (jego metamorfoza lada moment na blogu), na salon połączony z jadalnią mamy już konkretny pomysł. Chcemy jeszcze odmalować naszą sypialnię i urządzić pokój Zosi tak by miała w nim swoje królestwo. I choć te zmiany nie będą bardzo kosztowne, to jednak wymagają czasu.

A jak z tym sprzątaniem? Nie mam poczucia, że sprzątanie domu zajmuje mi znacznie więcej czasu niż sprzątanie mieszkania. Może odczuję to podczas mycia okien ;). Myślę też, że jest to kwestia tego, że mamy tu dużo płaskich powierzchni a mało zakamarków. Łatwiej jest w różne miejsca dotrzeć i je szybko posprzątać. Najgorzej było zimą, gdy pośniegowe błoto wnosiliśmy do wiatrołapu i częściowo na schody, ale nie było tak źle jak w moich wyobrażeniach :).

To dlaczego tak mało dzieje się na blogu? 😉

Ostatnie 3 miesiące to czas kiedy zajęta jestem tworzeniem nowego człowieczka :).

Kończymy 3 miesiąc ciąży i choć tydzień przed świętami trafiłam do szpitala z zagrożeniem, to wierzę, że w kolejnych miesiącach nasz strach zostanie zminimalizowany :).

Z 6-7 godzin snu na dobę, potrzebuje teraz 12-14, stąd moja mniejsza aktywność. I ta mniejsza aktywność jest wszędzie. Na blogu, na Instagramie, w newsletterze. Pierwsze miesiące to dodatkowo był czas naszego pakowania, później mieszkania u mamy, więc tak naprawdę odsapnąć u siebie mogę dopiero w górach. I korzystam z tego najwięcej jak się da, choć czasem dopada mnie frustracja, że tak bardzo chciałabym działać. Głowa pełna pomysłów, tylko doba się kurczy. Ale ten mały KTOŚ jest teraz najważniejszy.

A góry, życie na wsi, spokój, bliskość natury, to jest taki styl życia, którego pragnęłam. Fajnie jest tu po prostu :).

Autorka: Ania Legenza

Jestem blogerką, żoną, mamą, miłośniczką planowania i dobrej organizacji. Wierzę, że porządek w domu oznacza porządek w życiu i od 4 lat przekonuję o tym innych :)

Close