Praca na własny rachunek – moje kulisy

Właśnie minęły 4 lata odkąd pracuję na własny rachunek i robię to w 100% z domu. Choć od moich początków zmieniło się wszystko, to ciągle słyszę komentarze „tylko sobie poklikasz, a pieniądze spadają z nieba” („przestań grać w komputer, idź do roboty”) albo wręcz przeciwnie „powinnaś iść do normalnej pracy i pomyśleć o przyszłości, żeby mieć emeryturę”. Z perspektywy czasu i zmian jakie zaszły w mojej pracy postanowiłam opowiedzieć Wam trochę o jej kulisach.

Urzędniczka

Skończyłam administrację na Wydziale Prawa i Administracji UŁ i jeszcze podczas studiów byłam przekonana, że będę pracować w jednym z łódzkich urzędów. Naprawdę bardzo tego chciałam! Jednak trzy miesiące spędzone w urzędzie sprawiły, że totalnie zweryfikowałam swoje oczekiwania. Nie twierdzę, że tak to wygląda w każdym urzędzie, ale miałam poczucie totalnej straty czasu. Musiałam wyszukiwać sobie zadania, by zapełnić 8 godzin, do tego dochodziły dojazdy, które tylko dodawały bezproduktywnie traconego czasu. Miałam dość blisko, ale dojazd i tak zajmował przynajmniej 40 minut w jedną stronę. Ja lubię działać, a przez ten okres czułam, że zamieniam życie na bezsensowne siedzenie. To były początki bloga, który sobie pomalutku rósł, a jego prowadzenie dawało mi dużo satysfakcji. Czułam, że w domu mogę zdziałać dużo więcej niż tam. Mam na myśli produktywność, bo na tym etapie blog nie przynosił żadnych pieniędzy.

Z perspektywy czasu myślę, że urząd był świetnym doświadczeniem, bo uświadomiłam sobie trzy rzeczy:

  • potrzebuję pracy, z której będę rozliczana zadaniowo – nie na ilość godzin odsiedzianych w biurze
  • długie dojazdy, których nie sposób usprawnić to coś, co mnie wykańcza
  • przy okazji mojej pracy nad blogiem szybko przekonałam się, że mam dobre wyczucie internetu i na tym polu też mogę się realizować

Ninja

Różne perypetie życiowe sprawiły, że moja praca z domu stała się bardzo realna. Zostałam social media ninją, opracowywałam teksty i koncepcje wpisów, które później lądowały na przeróżnych fanpage’ach. I choć nie było to stanowisko marzeń, to mogłam połączyć obsługę stron internetowych i prowadzenie Facebooka dla moich klientów z rozwijaniem bloga. W sąsiedztwie kilku marek, którymi się opiekowałam (w tym mojej własnej) nastał rok 2016. To był przełom dla bloga i biznesu. Wreszcie coś zależało głównie ode mnie! Otworzyłam sklep i pojawił się pierwszy fizyczny produkt, ale też zaczęłam współpracować na blogu z markami, które idealnie pasują do mnie i mojej filozofii życia. Pożegnałam etap „ninjowania” i „kryzysów w social mediach”, a mój biznes zaczął oddychać.

Czego mnie to nauczyło:

  • lepiej jest pracować dla siebie i mieć 100% odpowiedzialność za wizerunek, niż dawać z siebie wszystko dla kogoś innego
  • praca z domu jest możliwa i można się z niej utrzymać
  • prowadzenie własnego biznesu wymaga ciągłego rozwijania się na wielu polach

Dziś

Dzisiaj razem z Sebastianem prowadzimy spółkę. Nasze kompetencje i umiejętności się uzupełniają, realizujemy wspólne projekty i to jest absolutnie ten moment, kiedy mogę powiedzieć, że mam pracę marzeń. Co nie oznacza, że nie ma ona minusów. Czasem dopadają mnie wątpliwości, że może powinnam jednak pracować na etacie albo denerwują pytania bliskich o to, czy i skąd mamy pieniądze. W końcu tylko „siedzę w domu”! Niemniej na dzień dzisiejszy ciężko mi wyobrazić sobie inny rodzaj mojej codzienności.

Mity pracy na własny rachunek

Mitów związanych z pracą na własny rachunek jest całe mnóstwo. I mimo upływu lat oraz coraz większej liczby osób pracujących w ten sposób, ciągle opowiada się o takim podejściu do życia zawodowego albo zbyt różowo, albo w całkowicie ciemnych barwach. Dlatego podzielę się z Wami moją perspektywą.

Zaczynam i kończę pracę, kiedy chcę

Możesz wstawać późno, a nawet pracować w nocy, o ile Twoje zadania są zależne tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli jednak ta praca wymaga kontaktu z innymi ludźmi, choćby telefonu do drukarni czy rozmowy telefonicznej z klientem, to trzeba dostosować się do „godzin biurowych”. Łatwiej realizować swobodne podejście do pracy, gdy nie mamy drugiej połowy czy dzieci. Kiedy mój Sebastian pracował na etacie, ja chciałam skończyć pracę przed jego powrotem, tak byśmy wolne mieli o tej samej porze. Od kiedy Zosia chodzi do żłobka, to 90% pracy odbywa się w godzinach dopołudniowych. I choć ciągle mogę zacząć później, zrobić przerwę w ciągu dnia czy po prostu nie pracować, to jednak, abym mogła działać efektywnie, muszę trzymać się ustalonych godzin i są one bardzo zbieżne z „biurowymi”.

W domu to nie praca

Ciągle brzmią mi w głowie słowa bliskiej osoby, który opowiadając o jednym z moich artykułów w gazecie komuś z rodziny powiedziała: „Ania prowadzi bloga, bo siedząc w domu musi coś robić”. Dla wielu osób, które nigdy w taki sposób nie pracowały, obraz będzie taki, że praca z domu to nie praca. Będą wpadać do południa na kawkę, dzwonić, żeby pogadać, bo przecież tylko siedzisz w domu. A kiedy mówisz, że przecież pracujesz wracamy do mitu „Ale jak to? Przecież możesz pracować kiedy chcesz, więc co to za problem się spotkać, kiedy ja mam czas”.

Pracuję w domu solo

To też jeden z moich ulubionych mitów. Obraz osoby, która pracuje z domu oznacza brak kontaktu z innymi ludźmi. Przecież w ogóle nie będziesz mieć znajomych! Ja dzięki pracy z domu na własny rachunek mam znajomych rozsianych po całym kraju, a nawet świecie. Nie muszę działać jednostkowo, mogę zatrudniać ludzi, których nie widziałam na oczy, a z którymi współpraca świetnie się ułoży. A gdy akurat będę w innym mieście spokojnie znajdzie się ktoś, z kim wyskoczę na wspólną kawę.

Mogę pracować gdzie chcę

Praca na własny rachunek jawi się jako ideał, bo przecież możesz pracować, gdzie chcesz. Zabierasz laptop i podróżujesz, jesteś fotografem, więc z aparatem zwiedzasz różne miejsce, nawet fryzjer nie musi mieć stacjonarnego salonu. I z jednej strony to jest cudowna opcja, móc popracować, np. z kawiarni. Ale jeśli Twoja ulubiona kawiarnia nie jest tuż za rogiem, wypady z domu szybko mogą zyskać znamiona konwencjonalnej pracy, łącznie ze staniem w korkach, zatłoczoną komunikacją miejską i uciekającymi minutami w podróży z punktu A do punktu B. Poza tym, taki rodzaj pracy generuje koszty, które nie zawsze są do pominięcia (lunch w restauracji, miejsce parkingowe, bilety itp.). Mi ciągle najlepiej pracuje się o stałych porach przy własnym biurku, choć czasem lubię zmienić otoczenie.

Nie mam szefa

Jednego może nie mam, ale mam za to kilku.

Z jednej strony to ja jestem swoją własną szefową. Decyduję o tym ile i gdzie pracuję, jakie wpisy na bloga powstaną, jak mają wyglądać zdjęcia, co komunikuję. Sama sobie jestem w stanie wiele wybaczyć (np. odpuszczenie jakiejś publikacji), jeszcze więcej jestem w stanie wybaczyć mężowi. Brzmi idealnie, ale żeby firma działała trzeba być dla siebie surowym. Wyciągać wnioski, dbać o siebie i swoje interesy. Działać wtedy, kiedy trzeba i gdy nie ma cię kto zastąpić. Firma to ja.

Pierwszym momentem, kiedy pomyślałam, że dobrze byłoby mieć etatową posadą była ciąża z Zosią i początki macierzyństwa. Gdybym miała się z mojej pracy wylogować na rok, to musiałabym zaczynać wszystko od nowa. Jest mnóstwo sytuacji, w których nikt mnie nie zastąpi, a prawda jest taka, że jeśli nie publikuję, nie jestem z Wami w stałym kontakcie, to Was tutaj nie ma. I choć wiem, że są osoby, które wróciłyby tu po roku milczenia, to tak naprawdę musiałabym zaczynać od nowa. Choroba, dłuższy urlop, to są sytuacje, w których ciągle trzeba pilnować swoich interesów.

Z drugiej strony, jeśli praca polega na wykonywaniu zleceń dla klientów, to każdy z nich jest szefem. Myślisz, że tworzysz coś wspaniałego, a klient ze swoimi uwagami z projektu życia robi projekt, pod którym trudno się podpisać.

Nigdy nie wychodzę z pracy

To też ciągle słyszę „bo Wy musicie ciągle być w pracy”. Z jednej strony łatwo się zatracić w 100% dostępności dla klientów. Odpowiadanie na maile w ciągu 24 godzin i odbieranie telefonów o różnych porach, zwłaszcza, że niektórzy myślą, że mają cię na wyłączność i dzwonią wieczorami lub w weekendy. Prawda jest taka, że brak dostępności wzmaga atrakcyjność ;). A wyznaczenie godzin, w których jesteśmy dostępni jest dobre dla naszej higieny pracy i zapobiega wypaleniu.

Z drugiej strony ja często miałam wyrzuty sumienia, że wrzucam zdjęcie na Instagram w weekend albo wieczorem, bo „ciągle muszę być w pracy”. Dziś jednak uważam, że nie ma w tym nic złego, bo moja praca mocno wiąże się z moim stylem życia i nie mam potrzeby brać od niej częstego urlopu. Za to, kiedy mamy wspólne popołudnia, gdy Zosia wraca z przedszkola, pilnuję tego, by nie pracować. Kiedy spotykam się ze znajomymi, rodziną, chcę być obecna w tych sytuacjach, a nie w internecie. Choć nie biczuję się, gdy tutaj też pojawią się wyjątki i przez moment będę online.

Pieniądze same wskakują do kieszeni

„Poklikasz sobie na komputerze i pieniądze spadają z nieba”. Początkowo gdy słyszałam takie komentarze czułam się winna, mimo że wiedziałam, że to nie prawda. Dziś odpowiadam: „Skoro to takie łatwe, dlaczego Ty tego nie robisz?”

Prawda jest jednak strasznie brutalna i niezależnie od tego, czy to są współprace blogowe, czy projekty zupełnie z nim nie związane, to firmy nie opłacają faktur w terminie. A to oznacza, że po zrealizowanym projekcie i zazwyczaj 30 dniach od wystawienia faktury, nadal nie mamy zapłaty za swoją pracę. I trzeba się o tę zapłatę dopominać, często wysłuchując absurdalnych argumentów, dlaczego ta płatność jest spóźniona.

Dla mnie to był (i w sumie nadal jest) kubeł zimnej wody. Bo problem nie polega na tym, że są długie terminy płatność czy za swoją pracę powinno się żądać płatności z góry. Tylko na tym, że nie jest płacone w terminie. W taki sposób trudno planować inwestycje w firmie, ale też swoje codzienne wydatki czy budować oszczędności. Z drugiej strony, dzięki temu nauczyłam się lepiej zarządzać swoimi finansami.

Nie zapominajmy też o tym, że takiego klienta najpierw trzeba pozyskać, a czynników, które decydują o podjęciu współpracy jest naprawdę wiele.

Tylko praca na etacie da zabezpieczenie na starość

Im dłużej zajmuję się biznesem, tym bardziej myślę o tym jak powinien wyglądać on w przyszłości. Dobrze jest marzyć o międzynarodowych podróżach katamaranem po przekroczeniu pięćdziesiątki. Wymarzona emerytura! Szczerze, nie wierzę w to, że obecny system byłby w stanie mi coś takiego zapewnić, nawet przy bardzo wysokich zarobkach. Dumamy z Sebastianem jak do tego podejść, by móc w większej mierze liczyć na siebie. Z jednej strony inwestycje, które mamy w planach powinny nas jako tako ubezpieczyć, z drugiej zaś myślimy o czymś bardziej indywidualnym i tutaj pojawia się opcja IKE i IKZE. Temat nie zupełnie nam obcy, ale wrócił do nas przy okazji wspólnego projektu z Union Investment TFI. Te skróty może brzmią zagadkowo, ale gdy wgłębiłam się w zagadnienia to zaczęłam czuć, że to opcja dla nas. Indywidualne konto emerytalne i – drugie – zabezpieczenia emerytalnego.

To co mi się spodobało już na starcie to fakt, że zbieramy fundusze na SWOJĄ przyszłość, to ile odłożę zdefiniuje kwotę jaką uzyskam. Po drugie „składki” na IKZE możemy odliczać od podstawy opodatkowania, a więc zapłacimy mniejszy podatek. Te pieniądze, zamiast płacić fiskusowi, mogę przeznaczyć np. na krótkie wakacje albo dodatkowo zaoszczędzić. Po trzecie i chyba najważniejsze, środki na takich kontach nie są zamrożone, więc w razie potrzeby można po prostu je wypłacić. Dla mnie brzmi na tyle dobrze, że biorę pod uwagę takie zabezpieczenie naszej przyszłości.

Praca na własny rachunek – dlaczego ją uwielbiam?

Mimo że praca na własny rachunek nie jest tak różowa jak ją malują (zreszta myślę, że podobnie jest z pracą na etacie) i w wielu momentach trzeba udowadniać, że to jest wartościowa praca, to dla mnie jest to rozwiązanie idealne. Niezależnie od tego czy mieszkałam w mieście, czy tak jak teraz na wsi, nie muszę dojeżdżać do pracy, co jest dla mnie ogromnym udogodnieniem. Mogę pracować tyle ile potrzeba – gdy zadań jest mniej, to mogę szybciej skończyć i nikt nie oczekuje, że będę siedziała w biurze, by odhaczyć 8 godzin. A co najważniejsze, to ode mnie zależy, to jaki projekt realizuję w danym momencie i jak on wygląda. I choć czasem muszę zmieniać swoją wizję, by pogodzić wiele osób czy dostosować się do wymagań drukarni, to jednak zawsze satysfakcja jest ogromna.

 

A Wy jak pracujecie? Jakie widzicie zalety i wady pracy na własny rachunek i na etacie? Z jakimi komentarzami najczęściej się spotykacie? Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń!

Partnerem wpisu jest Union Investment  TFI
Autorka: Ania Legenza

Jestem blogerką, żoną, mamą, miłośniczką planowania i dobrej organizacji. Wierzę, że porządek w domu oznacza porządek w życiu i od 4 lat przekonuję o tym innych :)

Close